sobota, 3 sierpnia 2019

Rodzinny wypad w Bieszczady

Cegła z  wykonana ze znalezionej na drodze
gliny i wypalona w kominku.

Z rodziną w Bieszczadach.


W góry staramy się jeździć z rodzinką co roku. Z córką pierwszy raz pojechaliśmy do Zakopanego kiedy miała 4 lata, wtedy o własnych siłach weszła na Gubałówkę, Nosal i doszła na Morskie Oko. W następnych latach córka zdobyła Ślężę, Szrenicę, Śnieżkę i kilka małych górek. Staramy się żeby córka coś w życiu zobaczyła i przeżyła.

W tym roku wybierając kierunek na nasze wojaże wybór padł na Bieszczady. Był to nasz pierwszy wspólny wyjazd w te góry i pierwszy raz kiedy zabraliśmy ze sobą psa. 


Niestety, ze względu na wiek córki w czasie wyjazdów w góry jesteśmy skazani na noclegi w cywilizowanych warunkach, więc na bazę wypadową wybraliśmy Osadę Werdołyna w miejscowości Berezka, w której jest kilka klimatycznych domków z kominkiem zbudowanych z drewna i kamienia.

Chatka w Werdołynie.

Niestety nie mieliśmy zbyt dużo szczęścia do pogody i nie udało nam się wielu rzeczy zobaczyć, ale i tak było fajnie. 

Pierwszego dnia wybraliśmy się na mały rekonesans po okolicy, natomiast drugiego dnia postanowiliśmy wejść na Okrąglik, ale kiedy byliśmy już dość blisko celu dostaliśmy Alert RCB o możliwych burzach i silnych porywach wiatru. W tym samym czasie faktycznie zrobiło się pochmurno i wietrznie, a w aplikacji Blitzortung na smartfonie można było zauważyć białe punkty symbolizujące aktualne wyładowania atmosferyczne zbliżające się do punktu, w którym znajdowaliśmy się my. Nic innego nam nie pozostało jak się wycofać do z góry upatrzonej pozycji tj. do samochodu. 
Resztę dnia spędziliśmy na spacerze w okolicy naszej osady wypatrując tropów dzikich zwierząt.


Rzeka Solinka.
Trop Dzika.
Trop wilka.

Trzeciego dnia pojechaliśmy zobaczyć przełęcz Hyrcza. Zostawiliśmy samochód na parkingu vis-a-vis baru Puhar, a dalej udaliśmy się pieszo w stronę Cerkwi w Łopience mijając po drodze piece do wypalania węgla drzewnego zwanymi "retortami". Po minięciu Cerkwi naszym oczom ukazał się pierwszy znak mówiący o możliwości spotkania na szlaku niedźwiedzia, natomiast kilka kilometrów dalej ponownie zobaczyliśmy taki znak. Kiedy do przełęczy zostało nam niewiele drogi nasz pies zaczął być lekko niespokojny, a po chwili zauważyliśmy świeży trop niedźwiedzia. W tym wypadku znowu musieliśmy zarządzić odwrót taktyczny. 


W tle retorty - piece do produkcji
węgla drzewnego.
 


Kiedy popada wszystkie szlaki
robią się błotnisto bagniste.
Nie wiem co to za trop, ale wydaje mi się,
że sprawcą była kozica.
"Proszę Państwa oto miś".
Świeży trop niedźwiedzia.


W Bieszczadach warto mieć mapę i kompas,
ponieważ są miejsca, w których nie ma zasięgu GSM
 i nie można pobrać map on-line.

Resztę pobytu spędziliśmy na kręceniu się po okolicy w przerwach pomiędzy opadami deszczu.
Wybierając się z psem w Bieszczady trzeba pamiętać, że wprowadzenie psów na szlaki turystyczne i ścieżki przyrodnicze będące na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego powyżej dolnej granicy lasu  jest zabronione. Wyjątkiem są tylko odcinki prowadzące wzdłuż dróg publicznych. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz